Bez nazwy i obrazka

Dzisiaj mam ochotę napisać posta tylko i wyłącznie o tym, co ostatnio robię. Pozornie może to być post o niczym. Pozornie? Wiecie… Przyznam się, że sam o postach o czyimś życiu (nie o przemyśleniach, a o wydarzeniach czy sesjach modowych) myślałem dotąd z dużym dystansem. Kiedy ktoś lubi wynurzenia na temat bluzy z H&M albo opis spaceru z kumpelą czy wakacji w Jastarni to ok… Ja na blogach najczęściej szukam porad, przemyśleń, instrukcji. Czasem zbaczam na modowe posty, kiedy dziewczyna jest ładna albo ktoś robi naprawdę dobre fotki. Ale rzadko czytam epopeje o odkryciach dnia codziennego typu „poszedłem, zrobiłem, było cool”. Tak samo nie czytam recenzji. Taka cecha mojego wewnętrznego ekosystemu, żeby nie sprawdzać opinii zanim sam nie spróbuję. Oczywiście w przypadku rzeczy, przy których pomyłka nic mnie nie kosztuje (albo niewiele).

Dlaczego chcę pisać o niczym, skoro szkoda mi czasu na robienie rzeczy, które nic nie wnoszą do życia? Ponieważ taki post pozornie nic nie wnosi. Uświadomiłem sobie ostatnio, że moje życie tylko dla mnie jest zwyczajne. Mój punkt widzenia czy sposoby w jakie działam tylko mi wydają się oczywiste. Pozornie o niczym może oznaczać dla innych ujawnienie toku myślowego, punktu widzenia, który jest potrzebny. Mówię o wdzięczności i optymiźmie, ale teraz pokażę jak ja go wykorzystuję w życiu. W końcu… Mi też nie wystarczy instrukcja, czasem potrzebuję case study, żeby pojąć istotę czegoś. Może dlatego warto pisać posty o kanapkach, rozmowie z kolegą czy wyjeździe w góry? Zobaczymy.

Ostatnie dni spędzałem głównie na przemyśleniach. Chociaż jeśli tak to nazwałem, to muszę skorygować to z „ostatnich dni” na „całe życie jakie pamiętam”. Bardzo dużo myślę. Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, o ile w nie wierzę i jestem przekonany o tym, że są dobre dla mnie i dla innych. Nie wystarcza mi, że nie zaszkodzą innym. Muszą przynieść im coś dobrego.

Najpierw, zanim wstanę z łóżka w dobrym nastroju, muszę około 10-15 razy zrzucić budzik na drzemkę. Nie łudzę się, że będzie inaczej, nastawiam budzik godzinę wcześniej niż mam wstać. Lubię sobie poleżeć i popatrzeć jak myśli się kotłują w głowie, kiedy ich nie kontroluję. Zaraz po przebudzeniu jest to bezpieczne, bo jestem zrelaksowany. Myśli gonią gdzie chcą i jednocześnie nie biegną w stronę negatywności. Myślę o snach jakie miałem, rozważam to, co w nich widziałem. Czasem zastanawiam się co oznaczają dla mnie, co moja podświadomość do mnie mówi ustami innych osób we śnie. Często dzięki snom wpadam na różne rozwiązania, a czasami tylko śnię o lataniu, kosmosie i pomaganiu ludziom. Mam taki śmieszny włącznik apokalipsy zombie – wystarczy, że obejrzę 2 odcinki TWD i natychmiast śni mi się apokalipsa zombie. Lubię takie sny, bo mnie nie przerażają. Ekscytuje mnie to jak gra. Prawie zawsze jestem świadomy, że sen jest snem, nie rzeczywistością. Wiem, że śpię, a kiedy sen mi się nie podoba to zmieniam go (czyli śnię świadomie, chociaż częściej półświadomie).

Po obejrzeniu snu w pełnej świadomości, stwierdzam, że pora już wstać. W pierwszej kolejności myślę: O, jest nowy dzień. Tyle czasu, żeby go wykorzystać. Na co dzisiaj mam ochotę? Chcę dobrego śniadania, a może poczytać książkę? Robię coś, co mi podpowiada wewnętrzny głos. Zazwyczaj chcę bardzo dużo rzeczy, a wiem, że czas mam ograniczony, podobnie siłę. Postrzegam je jak zasoby, które muszę mieć na uwadze. Wiem też, że jeśli chcę tak wiele rzeczy na raz, to jak najszybciej muszę wybrać jedną z nich i zacząć – taka gwałtowna ochota na wszystko ulatnia się bardzo szybko. Jest niestabilna, dlatego trzeba ją wykorzystać jako dopalacz na rozpoczęcie dnia z dupnięciem. Inaczej zużyję siłę na zastanawianie się, co pierwsze. Biorę więc kartkę i spisuję wszystko, na co mam ochotę. Bez cenzury. Jeśli mam ochotę na seks, to też zapisuję, hyhy. A potem wybieram to, co wydaje mi się jednocześnie łatwe i jednocześnie najbardziej mnie kręci.

Śniadanie zazwyczaj jem później. Na początek rzucam się na butelkę wody, ostatnio z lodówki. Nic lepiej nie budzi jak wypicie takiej ilości wody, jaką mam „siłę” wypić. Uwielbiam pić wodę. Uwielbiam wodę w każdej postaci. Lubię ją pić, kąpać się, słuchać jak pada deszcz, myć ręce. Poprawia mi to humor – a to fajnie, bo to najprostszy sposób na świecie na poprawę nastroju. Odkręcić kran i zanurzyć ręce w chłodnej wodzie. Albo ciepłej w zimie. Hydromasaż jest bardzo uspokajający i odprężający.

Kiedy już ogarnę podstawowe potrzeby cielesne zajmuję się duchowymi. Czasami z rana potrzebuję więcej swobody i przyjemności, czuję się zestresowany tym, że muszę wstać i iść do ludzi. Oczywiście to stres leciutki, ale wyczuwalny jako spięcie w całej skórze. Zazwyczaj pomaga mi dobra kawa (mieszam sobie odrobinę zwykłej kawy z inką i kakao – lekko pobudza, ale nie daje kopa), prysznic albo długie trzymanie rąk pod chłodnym strumieniem wody, głaskanie kota i włączenie muzyki na jaką mam ochotę. Często zaczynam dzień od przypomnienia sobie o tym, o czym marzę. Oglądam swój folder z wizualizacjami moich marzeń, kilka filmów, które opowiadają historię moich marzeń (własnej roboty, mają po minucie). Kończę na przeczytaniu afirmacji i ogarnia mnie zarówno spokój jak i cała masa dobrej energii. Wtedy już mogę ruszyć się do obowiązków.

Jeśli mam ochotę to sprawdzam sobie instagrama i snapchata. Sprawdzam moje social media i emaile. Jeśli jest w nich coś istotnego to sobie to planuję na później (nie znoszę nie mieć czasu na przemyślenie od góry do dołu wszystkiego). Włączam sobie muzykę i zabieram się za robotę, którą mam do zrobienia. Ostatnio uczę się do egzaminów eksternistycznych, więc wybieram sobie 3-4 przedmioty i po kolei się uczę. W przerwach głaszczę kota, robię sobie smaczne śniadanie, obiad. Często ogarniam też pokój. Mam tak, że nie umiem usiedzieć na miejscu za długo. Więc czytam tyle ile mogę i wstaję zrobić coś w domu. Pranie, odkurzanie itd. A potem wracam do nauki. Potem zazwyczaj zajmuję się czymś manualnym albo wymagającym ruchu. Biegam, ćwiczę, idę na zakupy albo majsterkuję w domu. Jestem prawdziwym mistrzem partyzanckich rozwiązań. I uwielbiam ulepszać swoje otoczenie. U mnie w domu zawsze jest coś do zrobienia – nie dlatego, że się psuje, a dlatego, że zawsze może być lepiej zrobione. Kiedy coś mi przeszkadza, natychmiast znajduję na to rozwiązanie. Szukam oczywiście ekonomicznych i trwałych rozwiązań, a najlepiej jest, kiedy do tego są jeszcze estetyczne (co raczej już jest sztuką albo zbiegiem okoliczności, hyhy).

Często w tej części dnia ujawniają się tłumione z rana problemy. Czasem tak bardzo chcę wstać w dobrym nastroju, że zamiast rozwiązać problem odkładam go na później.  I właśnie wczesnym popołudniem się ujawnia. Czasami to jest po prostu potrzeba relaksu, której rano nie zaspokoiłem – wtedy muszę sobie solidnie odpuścić, bo nadwyrężyłem zasoby przekładając to na później. Medytuję z kotem. Leżę sobie na podłodze, wdycham kadzidło i głaszczę kota. Kręgosłup lubi twarde i płaskie, więc ciało się samo rozluźnia. A ja mam gwarancję, że nie zasnę, mimo kota. Wiecie, koty mają wbudowany środek nasenny, rozprowadzany mruczeniem i wibracjami całego kota. Podobno koty mruczą, żeby się relaksować i samouzdrawiać. Interesujące, co nie? Myślę, że człowiek umie medytować i marzyć z tego samego powodu, co koty mruczą.

Czasem problemem jest jakiś sposób myślenia, który od dawna się nie sprawdza. Widzę swój mózg jako komputer, tak łatwiej mi rozumieć jego procesy. W komputerze, kiedy masz składaka (czyli umysł zindywidualizowany – afirmacjami, asertywnymi przekonaniami i samodzielnym myśleniem) możesz stale wymieniać podzespoły na lepsze. Wtedy, jeśli wymienisz kartę graficzną na lepszą, ale nie masz na lepszy procesor to procesor musi pracować mocniej (tak mi się zdaje, dla dobra metafory przyjmijmy, że tak jest). To oznacza, że silniej obciążony, zużywa się bardziej. Pewnego dnia komputer zacina się i wiesz, że trzeba wymianę przeprowadzić już teraz. Ciało i mózg podobnie dają znać o swojej wytrzymałości i ostrzegają. Kiedy wymieniasz jakiś zestaw przekonań, np. na temat miłości do samego siebie, ale nie zmieniasz innego, np. miłości do bliźnich – ten drugi może nie działać poprawnie i sabotować pierwszy. Czasami nie mamy siły umysłowej, żeby wymienić 2 na raz. Dlatego ten drugi działa w dysharmonii z nowym. I pewnego dnia jasno mózg komunikuje nam (czasem przy użyciu ciała – bólem brzucha, głowy, tyłka, nogi, rzęsy), że dłużej być tak nie może. Ja siadam wtedy i albo piszę na komputerze, co mi leży na wątrobie, albo wyjmuję kartkę i długopis. Dosyć szybko wchodzę w cień duszy z podręczną latarką i pytam: jaka część mnie siedzi tu i chce, żebym się nią zajął? Jestem tu i możesz mi powiedzieć kim jesteś i czego ode mnie chcesz. Mam już wyrobioną umiejętność szybkiego i dokładnego wglądu w siebie, zrozumienia i akceptacji. Cieszy mnie to, bo jestem w stanie za jednym posiedzeniem zintegrować do czterech problemów na raz. Lubię to robić, bo uwalnia napięcie i złe emocje. Na początku było mi bardzo ciężko, bo nie rozumiałem całego procesu, jego kolejności. Ale oczytałem się z tematem i praktykowałem uparcie. I powiedzcie mi teraz, że jestem zodiakalnym Lwem, a nie Skorpionem. Hyhy~

Kiedy już opanuję swój umysł, zajmuję się tym, co jest związane z moimi marzeniami. W zasadzie to cały dzień się tym zajmuję, ale dzielę te zajęcia na „ciężkie” (wymagające większego wysiłku i dyscypliny – jak nauka, codzienne ćwiczenia zwane przeze mnie „klatobrzuszkami”) i „lekkie” (czyli przyjemne, niewymagające niczego poza czasem i umiejętnością „włączenia” kreatywności oraz flow-u). Rysuję, medytuję albo wizualizuję sobie to, czego pragnę. Czasem odgrywam scenki, sprawdzam jak bym mówił, gdybym był już bogaty albo właśnie budował statek dla ESY, POLSY (nasze małe, rodzime NASY). Przeprowadzam sobie doświadczenia mentalne. Czasem jestem leniwy i włączam filmy, ciągle te same, które opowiadają o moich marzeniach (ostatnio męczę wszystkie z motywem wielkich statków kosmicznych – Interstellar, Pasażerów, Grawitację i inne smaczki takie jak W stronę Słońca). To taki mój rytuał spełniania marzeń. Dlaczego to robię? Ponieważ oprócz ciała i umysłu trzeba karmić także duszę. Ciało karmi się dobrym jedzeniem, wodą, snem i relaksacją. Umysł karmi się wiedzą i afirmacjami. Duszę karmi się marzeniami! I muzyką, hehe.

Czasem, kiedy mam dużo siły i czasu, zamiast tylko sobie wyobrażać marzenia – działam. Nie umiem określić dokładnie czym jest działanie, bo działanie to działanie, a nie gadanie o działaniu. A ja mam jakiś problem z mówieniem o czynnościach, nie mam pojęcia dlaczego. Wolę rozprawiać o ideach, a działanie w ich duchu to zawsze cośrobienie. Więc cośrobię w duchu moich marzeń. Impulsywnie, bez namysłu. Ciężkie pracowanie nad marzeniami to coś przemyślanego i długoterminowego – temu poświęcam większość czasu w ciągu dnia. Pracuję, uczę się. Lekkie pracowanie jest nieprzemyślane, intuicyjne. Ostatnio w ramach tego lekkiego pracowania nad marzeniami biegałem (bo dobrze mi się myśli po i w trakcie biegu) , ale uszkodziłem sobie kostkę (przez komary! za długo i za szybko przed nimi uciekałem z lasu), więc teraz w ramach lekkiej pracy robię te mniej wymagające rzeczy 😉 Rysuję i oglądam filmy, żeby dobrze się nastroić.

Ostatecznie pora na wyciszenie się przed snem. Dobra książka, audiobook albo słuchanie muzyki (ostatnio tribal fusion do tańca brzucha albo kosmiczny ambient). Zauważyłem, że mam żywsze sny, kiedy przed snem poleżę na ziemi z kotem i słuchając dźwięków z kosmosu (np. stukania pulsarów czy wycia pola magnetycznego Saturna – totalnie creepy) powyobrażam sobie, że latam dookoła Układu Słonecznego, zanurzam się w Słońcu jak w „basenie”. Uspokajam swoje ciało takimi wizjami, relaksuję umysł i idę spać, po przypomnieniu sobie, że jutro znów będę pracować nad marzeniami, celami i jestem o jeden dzień bliżej do osiągnięcia celów.

To jest w sumie podstawowy schemat mojego dnia. Zmienia się zależnie od rodzaju pracy jaki mam do wykonania. Czasem nie mam czasu na tyle ‚karmienia’, więcej muszę poświęcić na pracę. Normalne! W weekendy zupełnie inaczej działam. I czasem robię sobie tydzień wolnego. Ale to jak każdy  – zmieniam się jak mi wygodnie. Raczej mało kontaktuję się z ludźmi. Ludzie są świetni, piękni i kochani – pod warunkiem, że są na odległość kilometra! Introwersja lvl Paladyn. Kiedyś zbuduję stację kosmiczną i będę w niej sam mieszkać, patrząc na was wszystkich z góry, przez kamerę satelity. Będę Wam wysyłać mailem wasze dokładne zdjęcie, jak pchacie po parkingu wózek z zakupami, z domalowanym czerwonym kółkiem wokół sera (w paincie) i podpisem: „Przerzucasz się na goudę?”. Hiperstalker z kosmosu.