Jak się zmienia rzeczy

Nie pamiętam już połowy postanowień noworocznych. Większość nie przetrwała, ponieważ na początku roku miałem okazję bardzo solidnie i dogłębnie przeanalizować wszystko, co myślę na co dzień, czym się kieruję. Jednym słowem skonfrontować się z cieniem w swojej duszy.

I tak pewne jest kilka rzeczy, na chwilę obecną: nie napiszę poradnika roboczo nazwanego „Transporadnikiem”, nie zdam prawa jazdy i nie kupię samochodu… Chociaż do końca roku pozostało dużo czasu! Jednak ja mam o czym teraz myśleć, a dla osób czytających tego bloga (lub tylko tego posta) oznacza to, że nadchodzi bodziec do refleksji.

Mottem obecnego roku uczyniłem sformułowanie: Bądź swoim przyjacielem. Na początku tego roku nawet nie miałem pojęcia jak wielkie znaczenie może mieć nadanie rocznego motta swoim działaniom. Jak każdy myślałem, że to takie tam… Dla dekoracji. A okazuje się, że motto roczne przychodzi do ciebie w najmniej spodziewanych momentach codzienności. I tak przyszło do mnie, kiedy ślęczałem wkurwiony nad komputerem, wkurwiony że muszę napisać poradnik i mówić o swoim życiu, kiedy nie mam na to najmniejszej ochoty. Zabrzęczało” „Bądź swoim przyjacielem, Luciu!”. A ja byłem tak zdołowany, że posłuchałem i skasowałem swojego bloga, porzuciłem nagrywanie na youtube i inne działalności, które doprowadzały mnie do szału. Ulżyło. A potem była panika! Dotarło do mnie, że całą swoją sił e i potencjał marnowałem na zmuszanie się do tego, czego nie chciałem robić. A mogłem robić inne, wartościowe rzeczy z tą energią. Jakie? Tego dowiedziałem się, kiedy przestałem się zmuszać do czegokolwiek.

Okazało się, że nie oznacza to leniuchowania. A bałem się, że jak zacznę robić „co dusza zapragnie” to stanę się leniem, grubasem, śmierdzielem. Z mojego na ludzkie tłumacząc: Przestanę robić cokolwiek, zacznę się obżerać do granic możliwości i nie będzie mi się chciało umyć. Teraz się z tego śmieję, ale wcześniej to był straszliwy lęk i zagrożenie dla mojego poczucia wartości! Ostatecznie postanowiłem, że spróbuję robić to, co dusza zapragnie przez cały miesiąc.

Właśnie mija miesiąc, odkąd zacząłem robić tylko to, na co mam ochotę. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Rozluźniłem się, przemyślałem wiele rzeczy, które są dla mnie fundamentalne. Miałem szansę zrozumieć czym jest dla mnie odpoczynek i co jest dla mnie sensem istnienia. Miałem szansę zrozumieć, że nie wychodzi mi, bo staram się robić to, do czego uważam, że się nadaję – a nie to, co pragnę robić całą swoją duszą. Zmuszałem się do robienia czegoś, bo wg jakichś tam standardów się nadaję albo dlatego, że „kto to widział, żeby transy robiły w NASA”.

Dotarło do mnie, że nic nie będzie szło dobrze, until I embrace my dreams. Więc postanowiłem przeprosić się z moimi największymi marzeniami, chrzanić „co ludzie powiedzą, kiedykolwiek to powiedzą” i skasować wszystkie „ale to się nie da przecie, bo transem jestem i w transprocha się obrócę”.

I tak powstał koncept mnie-inżyniera od statków (albo innych urządzeń) kosmicznych i satelitarnych. Ile mnie to nerwów zjadło, pszepaństwa! Przecież jak powiesz sobie a, to musisz powiedzieć b. Jak powiesz, że twoim największym marzeniem jest wysyłać ludzi w wielkim złomie (który zaprojektujesz) w kosmos, to musisz powiedzieć, że zmierzysz się z największą przeszkodą na drodze do spełnienia tego marzenia! Co to była za przeszkoda? Zagrajmy w milionerów:

a) nienawiść do matematyki

b) „tak się nie da!”

c) Ziemia jest płaska i nie da się latać poza kopułę oddzielającą nas od wiecznego oceanu

d) jestem transem, a kto widział trans-IronMana ?

Zaznaczasz odpowiedź d) ? Niestety, nieprawidłowa. Na serio mam gdzieś to, że jestem transem. W niczym mi to nie przeszkadza, chyba że akurat patrzę się na krocze kolesia na siłce i stwierdzam, że moje niestety wygląda zupełnie inaczej (w skrócie: „no nie porucham..” – ciekawe mam myśli jak patrzę na obce krocza, haha). W każdym razie na ogół o tym nie pamiętam. Mam inne sprawy na głowie. (btw. poka sowe)

No to może b), b) wydaje się być solidnym argumentem przeciw. W końcu NASA od dawna nie posyła ludzi na srebrny glob, bo za drogo. Nie mówiąc już o dziurze budżetowej Polski, a więc i małym problemiku z POLSĄ. Pewny jesteś odpowiedzi? Tak? Pora na reklamy.

Prawidłowa odpowiedź to… c). Koniec reklam, wracamy do teleturnieju (x”3).

Matematyka. Dzięki geometrii miałem w gimnazjum 3 na koniec szkoły. I to takie mocno naciągane. Ze wszystkich przedmiotów oprócz MATMY I FIZYKI (przypomnę, że matura rozszerzona z tych dwóch jest niezbędna na IKS) miałem świetne oceny. Z tych dwóch ledwo co zdałem. Przy takim wyniku i fakcie, że w liceum matematyka pokonała mnie aż 4 razy (na spółkę z głęboką depresją, ale ch…) – pragnienie zostania inżynierem kosmicznym wydawało mi się idiotyczne. Ale miałem być dla siebie miły i iść za głosem swoich marzeń, więc usiadłem do podręcznika od matmy i fizyki. I co? Poległem? Nie. Pierwszy raz w życiu nie mogłem się oderwać od podręcznika do fizyki, połykając go jak świetną powieść. Z matmą trochę inaczej, bo okazało się, że mam braki na poziomie gimnazjalnym… Ale poczułem się na tyle zirytowany, że potraktowałem to jak wyzwanie. I może nie sram z wrażenia jak przy czytaniu fizyki (te wszystkie grawitacje, relatywizm, wow), ale jak rozwiązuję zadania z matmy to czuję się jakiś taki kurna lepszy od innych (haha, żart, ale faktycznie czuję się zajebisty).

I co? Nie ma żadnych przeciwwskazań, żebym został inżynierem. Tylko muszę się nauczyć liceum i zdać maturę. Akurat z uczeniem się nie mam najmniejszych problemów. Mama mówi, że to kwestia inteligencji. W sumie inteligencja = adaptacja. W tym jestem dobry. Mama może mieć rację. (skromność lvl Gandalf ŚnieżnoBiały uprany w Pervollu)

Jakoś w międzyczasie zostałem weganinem i zacząłem niemal codziennie biegać. DOKŁADNIE TAK JAK MÓWIĘ. Kiedy ja się zajmowałem walką ze sobą na polu lęku przed matematyką, moja gęba przestała pochłaniać zwierzęce, a moje nogi zasuwały po lesie, żeby nacieszyć oczy zielenią rozkwitającą wokół. Odkryłem też, że mam 6 ślicznych koni, zaledwie dwie posesje od mojego mieszkania. Boom! Odpuściłem sobie zmuszanie się, postawiłem na bycie swoim kumplem i poczułem smak nowego życia. Zniknęło uczucie, że marnuję czas i potencjał. Że mam jakieś talenta, a ich nie wykorzystuję.

I może nie zostanę Lucyferandem da Gejvinci, ani nie zostanę Lucyfereło Kołelo, ani Człowiekiem Lucyferem (kto wie o co chodzi, temu brawo)… Ale będę szczęśliwy, bo nie zmuszam się do niczego i DZIĘKI TEMU mi wychodzi. Może zostanę Iron Lucyferem, jak chciałem. A może inną wersją Lucyfera. Kto wie i do cholery, mam dopiero 23 lata.

Mam nadzieję, że wyciągniecie z tego wnioski. Jak to się mawia… Po co masz się uczyć na swoich błędach? Ucz się na błędach innych.