Na Słońcu nie piecze się kurczaka

Zgodnie z zasadą, że podobne przyciąga podobne – moi czytelnicy w większości muszą się interesować astrologią! Oczywiście zasady są po to, żeby świat wokół mógł je łamać, więc pewnie też czytają mnie osoby, które z tym nic nie mają wspólnego. Spokojnie, wpis tylko zahacza o temat. Bowiem dzisiaj (czwartek, 25.5.2017) mamy nów w Bliźniętach. Co to pszepaństwa może znaczyć? Otóż to, że Księżyc zabiera nas na wycieczkę po prawdziwym naszym wnętrzu i chce pokazać jak bardzo na co dzień ograniczamy swoje myśli. Więc to dobry czas na post o uwalnianiu się od ograniczeń.

Ostatnio wiele myśli w mojej głowie uparcie krążyło wokół różnych rzeczy, które już porzuciłem. Mówiłem sobie więc: Nie, głuptoki, wracajcie na właściwe tory, ale już. Jak się pewnie domyślasz nic to nie dało. Wiesz – nie myśl o różowym słoniu. Nie lubię myśleć o rzeczach, których się wyrzekłem, wyparłem z niejakim bólem. Powiedzmy sobie, że taktyczny odwrót zawsze traktuję jako dyshonor i ucieczkę z pola bitwy. Taki ze mnie kozak. Prędzej odwalę kamikadze niż się wycofam i zbiorę zasoby. W gruncie rzeczy to cały mój spokój i optymizm jest pozorny. TAK. Gryź to. WYDAJE CI SIĘ, że jestem spokojny i optymistyczny. Tymczasem, po drugiej stronie ma miejsce nieustająca kawalkada klęsk żywiołowych i kryzysów globalnych. W Lucyferlandzie zawsze jest dzień sądny. Zawsze kogoś wieszają, zawsze Avengersi walczą z kosmitami i z Ultronem (na dwie ręce). Zawsze są jacyś złole z „fastrygami” na ramionach i jacyś bohaterowie pokroju tych z Kamieni na szaniec, co ” (…)kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei.” No, spokojnie nie jest. Jednak najciekawsze jest to (tak sądzę), że mi to nie przeszkadza. Ja taki jestem od zawsze – narwany, ale nie impulsywny. Energię mam tak intensywną, że jestem introwertykiem. Chodzący paradoks – to ja.

Wracając jednak z dygresji – nie umiem się poddawać. Jednocześnie boję się porażki i jednocześnie pożądliwie patrzę na sukces. Wiesz, ludzie zazwyczaj mają jedną z tych cech albo żadnej. Boją się porażki tak bardzo, że zapieprzają z całej siły i osiągają sukcesy. Albo mają takie ambicje, że przegrana jest dla nich po prostu pomyłką. Na pewno znasz i jednych, i drugich. Tych, co mówią: nie mogę zawieść i tych, co mówią: to kwestia czasu, kiedy to osiągnę. Są też tacy, którzy spokojnie i z optymizmem płyną przez życie – Jak się przewrócę to wstanę, a jak nie wstanę to sobie poleżę i odpocznę. To nie ja, chociaż może się tak wydawać. Ja jak się przewrócę to zrobię przewrót przez bark i pobiegnę do przodu, żeby nadrobić stratę. Bo chcę? Bo muszę? Nie. MUSZĘ, BO CHCĘ. A co jeśli nie chcę, a muszę – np. się wycofać? Wtedy zaczynam walić głową w ścianę. Odpoczywanie to jedna z moich największych pięt Achillesowych. To taka pięta nad piętami, wielkości Mont Everestu. Na takiej wielkiej pięcie leży wieczny śnieg. Więc jeśli muszę odpocząć, a nie chcę tego robić (w 100% przypadków) to pojawia się problem. Naturalna dla Lucyferlandu apokalipsa przeradza się w superkomórkę apokaliptycznej burzy nuklearnej, która strzela laserami i jest wielkim portalem wyrzucającym z siebie na przemian zombie i kosmitów pokroju obcego.  Nie, nie ma na to słowa. I właśnie jestem w trakcie tego czegoś, bo rzuciłem w kąt swoje dotychczasowe zajęcia i postanowiłem, że spróbuję odpocząć. Dlatego, że czułem się wypalony. Tak, z rzeczy, które Ty możesz pamiętać/zbadać sobie to właśnie chodzi o odpuszczenie sobie nagrywania na youtube, pisania bloga, pisania kolejnej książki, itd. Czułem się wypalony ze zmęczenia – nie zajmowałem się swoimi potrzebami tak, jak powinienem to zrobić jako przyjaciel samego siebie. Jak zwykle zorientowałem się jak zaczęło mnie to boleć zbyt intensywnie, żeby to przeoczyć. Tak, że aż fizycznie. Myślałem o napisaniu posta i natychmiast zaczynał mnie boleć brzuch. Przy myśleniu o youtube – głowa. Ja jestem szalenie obowiązkowy i jak wyżej – odwrót taktyczny jest dla mnie dyshonorem. Jednym słowem -trochę brak mi instynktu samozachowawczego.  Przyznaję się, że mam tendencję do pracy ponad siły, a kiedy praca jest za lekka i nie da się już więcej z nią zrobić to nadrabiam karluzelą myśli i wątpliwości. Jestem trochę neurotyczny, chociaż zwykle mam to pod kontrolą – bo jestem też perfekcjonistą. Tak mocno, że aż próbuję kontrolować swój perfekcjonizm. Haha. Jestem przegięty w każdą możliwą stronę, ale to niespecjalnie. Tak mie Bóg stworzył, proszę Ciebie. Widocznie potrzebował jakiegoś zapalnika do wykrzesania iskry i wysadzenia całego świata. (Nie, spokojnie, w czasie kiedy nie pisałem bloga, książki i nie nagrywałem na youtube,  nie zainteresowałem się wstąpieniem w szeregi „bombastycznych kamikadze”)

Więc na własne życzenie dolałem benzyny do grzyba atomowego. Postanowiłem nauczyć się taktycznego odwrotu i powiem tak… NIE. Nie chcę, nie umiem, nara. Nie potrafię robić tego jak inni – leżeć, scrollować w spokoju ducha fejsa i myśleć o tym, co mógłbym jeszcze wpieprzyć, żeby powiększyć swojego mięśnia piwnego. Nawet oglądanie seriali nie pomaga, chociaż je bardzo lubię. Na szczęście zrozumiałem po 3 dniach takiego testu odpoczywania, że mi potrzeba odpoczynku od negatywnych myśli. Otóż okazało się, że sytuacja przedstawia się następująco: biegnę ja, w maratonie życia. Za mną biegnie kij-samobij, przede mną dynda sobie marchewka. W dodatku, żeby nie było za szybko – biegnę z bagażem doświadczeń, przyczepionym gumą do tira. A! I przy takim stanie rzeczy staram się dotrzeć na Mont Everest. Myślę, że to najtrafniejsza metafora, jaka opisuje to, co próbowałem zrobić zaledwie pół roku temu. Stopniowo zacząłem więc odrzucać bagaż doświadczeń – pracować nad traumami z przeszłości, które każdy z nas ma. Odrzucenie, brak akceptacji i miłości, wystawienie na pogardę, nienawiść, wyzwiska itp. No, ale powiedz mi… Gdybyś był mną w tym dzikim biegu, który Ci opisałem, to raczej najpierw byś odczepił tira, co nie? A widzisz.. Ja nie chciałem, bo słuchaj… Dobiec z tirem na Mont Everest? Widzisz jak to brzmi, co nie? No dobra, nie wiem jak brzmi dla Ciebie – dla mnie brzmi jak coś niemożliwego = coś, co chcę zrobić. A jeśli chcę, to muszę tego cholernego tira ciągnąć na ten cholerny Mont Everest. Cóż, przynajmniej mam się z kogo śmiać, kiedy już sobie poradzę z problemem. Z największego idioty, jakiego znam – siebie. Haha.

Otóż dobra wiadomość jest taka, że bagaż doświadczeń został gruntownie przejrzany i zostawiłem sobie to, co ma wartość – wspomnienia i wnioski. Nie obciąża mnie już. Kij-samobij czyli silna autokrytyka także poszła w niepamięć. No do cholery nigdy się nie zgodzę z twierdzeniem, że krytyka komukolwiek do czegokolwiek jest potrzebna. Nikt mnie do tego nie przekona! Krytyka jest do kitu i nikomu się nie przydaje. Jest jak okładanie po palcach w nagrodę za ładne zagranie Mozarta przy jednoczesnym mówieniu, że Mozart grał swoje własne kompozycje lepiej. A może grał gorzej tylko był takim geniuszem, że nikt nie zauważał? A może z bolącymi paluchami trudniej grać? Albo w ogóle pianino zaczyna budzić wstręt? Ja jestem ewidentnie za pochwałą tego, co jest dobre i kompletnym zignorowaniem tego, co jest złe. Przynajmniej jeśli chodzi o pasję, hobby itd. Do terrorystów stosuje się inną zasadę, ale nie wchodźmy w politykę, bo to grząskie gówno pełne rekinów gównogłowych.

Wyszedłem z założenia, że i tak wszyscy zawsze będą krytykować wszystko. Oczywiście wszyscy, KTÓRZY kierują się zasadami opartymi o strach. Ja zaś zamierzam opierać się jedynie na miłości i trosce, więc nie zamierzam krytykować siebie. Inni zrobią to za mnie. O, taki jestem leniwy teraz. Nawet mi się nie chce samemu krytykować.

Marchewki też się pozbyłem. Tak, może się wydawać to dziwne, bo jak to… Marchewka, czym zawiniłaś Niosącemu Światło? Niczym. Ale nawet mój koń Faktor nie zadowoli się byle marchewką. Oczywiście zje ją. A potem natychmiast zacznie się dopraszać o pozostałe 3 kg. Inaczej będzie zły, złośliwy i niedobry – będzie gryzł, bódł głową (a to nieprzyjemne) i obracał się tyłkiem (u koni to sygnał podobny do naszego gtfo). Nie zadowala mnie marchewka, nawet jedna, co chwilę. Jak chcę nagrody, to mogę dłużej poczekać, ale żeby była GIGANTYCZNA! Został sam Mont Everest czyli moje cele, które są dla mnie najważniejsze i widnieją na liście goal’ów od roku, w którym powiedziałem sobie dość (jak Chylińska tylko trochę bardziej fałszując). Nie przeszkadza mi to, że nie widzę marchewki. Wystarczy, że widzę teraz to, co naprawdę jest moim celem.

Czym więc jest tir w tej metaforze i czy już się go pozbyłem? Tir w tej metaforze symbolizuje wszystko to, co sobie narzucam, a co mnie ogranicza. Nie pozwala mi wyzwolić pełni swojego potencjału – pobiec z całą dostępną mi siłą w kierunku wymarzonego szczytu. Dlaczego sobie narzucam ograniczenia? Dlatego, że chcę wciągnąć tira na Mont Everest (ok, teraz do mnie dociera jaka ta metafora jest trafna i jak mocno wyszydza idiotyczne działanie umysłu sfatygowanego życiem)? Czy naprawdę chcę mieć wszystkie te ograniczenia na szczycie?

Myślę, że wiesz już, że stanąłem w miejscu i myślę o tym jak odwiązać od siebie zbędny balast. Nie, jeszcze mam tego tira, ale zrobiłem już naprawdę dużo wokół niego. Na początku próbowałem go wyładować – zdjąłem z naczepy trochę przekonań o sobie. Pokierowałem się hasłami:

  • Nie trzymaj się kurczowo tego, czego i tak nie kochasz, ze strachu, że nie trafi się nic lepszego.
  • Bądź swoim przyjacielem.
  • Marzyć można o wszystkim.

W ten sposób (używając haseł, co do których już miałem pewność, że są ze mną integralne) pozbyłem się naprawdę dużego obciążenia. Powiem dokładnie, bo czuję, że to ważne dla osób, które chcą zrozumieć i zrobić to samo ze swoim życiem.  Odpowiednio pozbyłem się :

  • Wszystkiego, co i tak mnie nie zadowalało. Uznałem, że jeśli mam mieć takie coś, to wolę już nie mieć nic = mieć miejsce, czas na coś lepszego, kiedyś. (Wierz lub nie – Wszechświat dosłownie nienawidzi pustych przestrzeni i dąży do wypełniania ich, zgodnie z tym, w co wierzysz). Zawiesiłem kanał, usunąłem stare posty na blogu, skasowałem grupę (sorki, jeśli cię to uraziło), przestałem jeść jajka, pić mleko, wywaliłem ubrania, w których nie chodziłem, a trzymałem, bo nie miałem kasy na ich lepszą wersję (np. w odpowiednim rozmiarze, haha)
  • Tego, co świadczyło o mojej wrogości do samego siebie. Czyli na przykład obwiniania się o powyższe działania i suszenia sobie głowy, że nie wyrabiam się w jakichś terminach. Przemieniłem się w swojego kumpla pozbywając się całej autokrytyki. Wciąż muszę sobie o tym przypominać, ale coraz lepiej mi idzie. 
  • Ograniczania się w swoich myślach i marzeniach. Bo marzyć trzeba z rozmachem, a realizować to, do czego akurat jest okazja. Kto powiedział, że nie mogę zostać inżynierem, bo miałem 3 z matmy? Ja, tylko po co? Żeby załadować tira do pełna, co nie…

Ostatnio dopiero doszedłem do wniosku, że wybebeszyłem całego tira i nie znalazłem tam nic wartościowego. Ponadto, że z pustym tirem też ciężko się biegnie. Poczuj się mądry – ty wiedziałeś od razu, że nie ma co zaglądać do środka tylko trzeba wszystko odwiązać w cholerę. Ale ja jestem neurotyczny i ten cały neurotyzm wymaga ode mnie metodycznego zrewidowania wszystkiego. Począwszy od rewizji lodówki, skończywszy na rewizji swoich zasobów osobistych. Nałogowy checker. Uwielbiam stawiać ptaszki na listach różnego rodzaju.

Planuję więc odwiązać to ustrojstwo w cholerę i myślę, że powoli zaczynam rozumieć, że biec z tym tirem to jak próbować usmażyć kurczaka nad ogniskiem takim jak Słońce. Wiem, to pokręcona logika, tak porównywać dwie metafory. Jednak dla mnie to ma sens, mało tego – wytłumaczę jaki!

Otóż – tir symbolizuje w swojej metaforze ograniczenia umysłu. Cała metafora z tirem i Mont Everestem dotyczy mojego umysłu i sposobu w jaki myślę.  To mój umysł przywiązał do siebie tira, uruchomił kija-samobija, powiesił sobie marchewkę i zapomniał o prawdziwym celu – szczycie góry. A może to się nazywa ego? Nigdy nie ogarniam tego słowa, haha. Pewnie mówię o ego cały czas w różnych kontekstach, ale tego nie zauważam. 

Sposób w jaki działał mój umysł zakrzywiał moją samoocenę. Widziałem siebie jako słabego, który musi wiele poświęcić i wiele się uczyć, żeby dorównać najsłabszym z branży. Wredne, co nie? Ale dużo osób niestety tak myśli o sobie, to smutne. Więc nie widziałem, że mój potencjał jest o wiele większy niż to, czego próbuję dokonać. Nie udawało mi się tego dokonać i myślałem, że dlatego, że za mało się staram. Że moje ognisko jest za małe. A tak naprawdę to próbowałem usmażyć kurczaka trzymając kijek nad kulą fuzji termojądrowej (Słońcem). Kurczak płonął na popiół w ułamek sekundy, a ja myślałem sobie: cholera… Wciąż mam za małe ognisko. 

Wciąż jest to trochę mętne, ale chodzi głównie o to, że przez nadbagaż jakim były moje ograniczenia w myśleniu umniejszałem swoją pasję – która w rzeczywistości jest tak wielka, że nie pozwala mi spokojnie realizować przyziemnych celów. Jestem ambitny i jednocześnie odkryłem, że dysponuję ogromnym potencjałem, który może spełnić te ambicje. Nie godzi się na takim potencjale smażyć kurczaka. Wyobraź sobie, że Bóg ma mikrofalówkę o sile naszego Słońca. Myśli sobie: Hmm, mógłbym w tej mikrofali ogrzać Instant Ziemię, zrobić sobie Życie. Taka jest mocna, że na pewno da radę. Może nawet wyjdzie z tego coś więcej, jakiś ludź. I byłoby okej, gdyby włożył paczuszkę potencjału jaką musiałaby być Ziemia w proszku. Ale zamiast tego Bóg sobie myśli: Nie… Ta mikrofala jest mocna, ale na pewno nie tak, jak myślę, że jest. Włożę tam kurczaka. 

A kurczak co? W ułamku sekundy zamienia się w … w sumie jakby wrzucić kurczaka do mikrofali o sile Słońca to cholera wie czy w ogóle zamieniłby się w coś innego niż nic. MARNOTRAWSTWO! Kurczaka i Słońca. (Ocho, porównałem siebie do Boga. Nieźle, nieźle…)

Tak wiele się mówi o tym, żeby dobierać cele do swoich możliwości. A tak minimalistycznie wypowiadają się nasze autorytety wczesnego dzieciństwa o tym, żeby najpierw oczyścić umysł z ograniczeń (na przykład autokrytycznego nastawienia albo poczucia winy) i zbadać jakie mamy realne możliwości. Pobiec najszybciej jak się da, żeby zobaczyć ile możemy najwięcej z siebie wyciągnąć w chwili obecnej. Nie oszacować wedle naszych uczuć, a na serio się sprawdzić. I pamiętać, że granice w rozwoju osobistym są po to, żeby je przesuwać. Nie wszystkie, ale te, które instynktownie chcemy przesuwać.

Często osoby takie, jak ja mają wielki potencjał i myślą, że nie mają nic, bo ktoś ich pogniótł w życiu tak, jak kartkę papieru. A może nawet wrzucił do niszczarki? To, co inni o nas myślą nie definiuje tego, jacy jesteśmy. To, co sami o sobie myślimy definiuje nasze działania, ALE nie definiuje tego, jakie mamy możliwości. Kiedy myślimy pozytywnie dostrzegamy nasze możliwości, tak. Nie definiujemy ich myślami, ani takimi ani srakimi. One są w nas już zdefiniowane. To nasze zasoby takie jak miłość do tańca czy do muzyki. Czy myślisz o sobie źle czy dobrze – ten potencjał jest w Tobie. Twoje myśli definiują tylko to czy go zauważasz i jak go wykorzystasz.

Co ja próbowałem zrobić ze swoim potencjałem już wiesz. Uwierz mi, że spaliłem całą pieprzoną fermę kurczaków nad tym swoim „małym płomyczkiem”. I wciąż postrzegałem go za malusieńki. Myślałem, że kurczaki mi się nie smażą, bo robię coś źle. I miałem rację. Moim zadaniem nie jest smażenie kurczaków. Ani też nie zależy mi na wciągnięciu tira na szczyt – ja chcę po prostu być na szczycie. Bez tira.

A na koniec odkrycie, jakie nasunęło mi się teraz. Nie żałuję, że ciągnąłem to wszystko, mimo że „przecież było beznadziejnym marnotrawstwem”. Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że mimo tego tira POSUWAŁEM SIĘ NAPRZÓD. A to znaczy, że mam teraz o wiele więcej siły i wytrzymałości! Ergo  – mam siłę i wytrzymałość odpowiednią by dotrzeć na sam szczyt Mont Everestu. Po raz kolejny potwierdza się to, że nasze ograniczenia i problemy w życiu mają sens. Przygotowują nas do tego, żebyśmy osiągnęli to, o czym marzymy najbardziej.